Ponad językami

TF_M.Patyra2-0052-3

Moje pierwsze podróże zaczynałem od wyjazdu na 10 miesięcy na Erasmusa w Hiszpanii. Wtedy wylądowałem w prowincjonalnym mieście w Andaluzji. Świeżo upieczony po intensywnym kursie hiszpańskiego A1, nie byłem w stanie dogadać się prawie z nikim. Przy spotkaniu z żywym językiem, co więcej z tutejszym akcentem (sic!) i prędkością z jaką wypowiadali słowa, byłem całkowicie sparaliżowany. Nawet przy najprostszych pytaniach „Jak się masz?”.

Po drugie, opcja wolnego czasu ze znajomymi Hiszpanami w większości ograniczała się do picia sangrii i  tinto de verano. Nie mówiłem temu nie, w szczególności gdy w grę wchodził botellón lub feria, ale… ile można! Dodam jeszcze, że po drugim piwie zazwyczaj przechodzę na temat polityki, albo wiary. Z moim A1 aspirującym do A2 po prostu ciężko było mi gonić hiszpańskich lewaków.

71503_446143558387_528273387_5596300_1048006_n

DSCN1218

Wtedy na ratunek przyszedł sport. Było to Brazylijskie Jiu-Jitsu. Trener „Brazol”, mówił w paru językach, w klubie normalni mężczyźni, nie czuć było tutaj tej wszechobecnej życiowej mañany. Zamiast gadania o wyimaginowanych dziewczynach z wczorajszej imprezy, kulanka, drill, a później zawody. Najważniejsze jednak to co nie widoczne, zacieśnianie więzów między nami. Mimo braku języka, odmiennego punktu widzenia, było coraz więcej zrozumienia i szacunku do siebie.

la fotoDSC00166

Dwa lata później wylądowaliśmy na Filipinach.  W pracy, w fundacji wąskie grono lokalnej ludności, za to spore grono międzynarodowe. Wtedy padło na piłkę nożną. Przekrój społeczny codziennie na boisku robił wrażenie. Grali tu ze sobą biznesmeni i dzieci ulicy, policjanci i typy spod ciemnej gwiazdy, ojciec z córką (!!!) i synem. W tej całej nielogicznej mieszance i ja się odnalazłem i przywiązałem.

DSC_0108

Zawsze, gdy byłem obcy za granicą sport sprawiał, że natychmiastowo wchodziłem w lokalny klimat. Podanie, wypracowana wspólnie akcja i gol, sprawiały że bez słów pojawiał się uśmiech, poklepywanie, a co za tym idzie, nowe znajomości. Mimo wszystkich różnic kulturowych i problemów językowych, po meczu czy treningu, już mnie ludzie rozpoznawali, nie byli mi anonimowi i z każdym dniem czułem się bardziej swój.

Dziś, gdy dopiero drugi raz wszedłem na płytę boiska w Panamie usłyszałem zwrócone w moją stronę uśmiechnięte twarze: „Hola Andrés”! Dzisiaj „Polaco” gra z nami. Ucieszyłem się, bo przydzielono mnie do drużyny z chłopakiem grającym na boso – jak się później okazało najlepszym na boisku.

Teraz tylko mam nadzieję Panamo, że na stałe przyjmiesz mnie do swojego składu.

DSC_0114



}
Przejdź do paska narzędzi